Stowarzyszenie Nautica
Moje wrażenia z safari nurkowego

CIEKAWE POCZĄTKI

W Polsce możliwość nurkowania dla osób niepełnosprawnych pojawiła się 10 lat temu. Wówczas to niewielka grupa instruktorów zdobyła uprawnienia do szkolenia w systemie HSA (Handicap Scuba Association) przeznaczonym dla osób niepełnosprawnych. W Krakowie rozpoczęły się pierwsze treningi basenowe oraz pierwszy kurs OWD (Open Water Diver). W kursie wzięło udział kilka osób po urazach rdzenia kręgowego (URK) poruszających się na wózkach. Choć widzieliśmy jedynie kafelki w basenie z miesiąca na miesiąc nurkowanie podobało nam się coraz bardziej i bardziej. Zbliżało się zakończenie kursu na wodach otwartych i to nie byle jakich. Kurs miał zakończyć się na wodach Adriatyku w Chorwacji. Wrażeń jakie dostarczyły nam tamte chwile nie da się opisać. Były to niesamowite i zachwycające nurkowania w ciepłych wodach pełnych ryb i innych podwodnych zwierząt. Wówczas wielu z nas postawiło iż nurkowanie będzie dla nas świetną formą wypoczynku i spędzania wolnego czasu.

Kolejne lata pokazały nam ile jeszcze mamy przed sobą. Wyjazdy do Chorwacji, nurkowanie w Polskich jeziorach i zalewach, zdobywanie kolejnych stopni i uprawnień dawało nam coraz więcej radości i możliwości. Przyszedł czas aby postawić sobie poprzeczkę nieco wyżej.
No i udało się. W 2002 roku udało się zorganizować pierwszą wyprawę do Sharm El Sheikh w Egipcie. Po tygodniowym pobycie w kraju faraonów i zrobieniu 10 przepięknych nurów (m.in. w Blue Hole, czy na wraku Thisteldorm-a) wiedzieliśmy że powrót tutaj to kwestia jedynie czasu i zebrania odpowiedniej kwoty na zorganizowanie kolejnej wyprawy.
Cztery lata później, w czasie których w Polsce i w Chorwacji organizowanych było coraz więcej kursów dla osób niepełnosprawnych, a grono nurków szkolonych w systemie HSA znacznie się już powiększyło, udało się nam powtórzyć wyjazd na wody Morza Czerwonego. Dużo liczniejszą grupą niż poprzednio wylecieliśmy ponownie do Sharm El Sheikh. Tym razem, w wyprawie poza osobami po URK brały również udział osoby z innymi rodzajami niepełnosprawności. W związku iż były to osoby o różnym poziomie samodzielności zaistniała konieczność dostosowania programu wyprawy do potrzeb wszystkich uczestników. Dla tych, którzy w Egipcie byli po raz pierwszy, było to podobnie jak dla nas cztery lata wcześniej niezapomniane wrażenie. Jednak osoby które Egipt odwiedzały już kolejny raz, czuły lekki niedosyt tego co mogło by się zrobić. Od tamtego czasu wyprawy do Egiptu stały się stałym punktem w terminarzu wyjazdów Stowarzyszenia CTP NAUTICA.
Przez ostatnie 10 lat wiele zmieniło się w możliwościach nurkowania osób niepełnosprawnych. Zaczynaliśmy od jednego obozu rocznie w Chorwacji, a dziś jest ich aż 3 (tylko dla nowych nurków). Organizowane są coroczne wyprawy do Egiptu. Spotykamy się na nurkowaniach w Polsce: nad Jeziorem Piłakno i zalewem Zakrzówek. Ponadto, osoby które posiadają już uprawnienia nurkowe mogą skorzystać z baz NAUTICA w dowolnych terminach, bowiem większość osób tam pracujących wie jakiej pomocy potrzebujemy i jak jej profesjonalnie udzielić.

COŚ NOWEGO

W tym roku na kartach Stowarzyszenia pojawił się nowy zapis SAFARI.

Pomysł zrodził się już jakiś czas temu w głowie Piotra, który usilnie namawiał mnie do wyjazdu na safari. Z różnych jednak przyczyn wyjazd taki musiałem odkładać na czas przyszły. W ubiegłym roku na safari jednak wybrał się nasz kolega Mirek, a później nasza koleżanka Angelika, którzy "przełamali" kolejny etap kariery nurkowej jakim jest udział w safari nurkowym. Po ich solowych sukcesach i entuzjastycznych zachętach udziału w takim wyjeździe, Stowarzyszenie zdecydowało się na zorganizowanie wyjazdu dla kilku osób równocześnie.

Nikt w Polsce nie organizował jeszcze takiego safari, na którym było by kilka osób niepełnosprawnych, a więc nie wiadomo było czego można było się spodziewać. Wyjazd miał odbyć się w ostatni tydzień lutego 2009 roku. Celem miały być rafy St. Johns w Egipcie.
Ograniczona ilość miejsc rozeszła się jak "ciepłe bułeczki" i już po 2-3 dniach, na początku grudnia znany był skład naszej grupy stowarzyszeniowej. Do udziału zgłosiły się osoby z wieloletnim doświadczeniem nurkowym, dużą samodzielnością i lubiące wyzwania. Dzięki lekkiemu wsparciu finansowemu ze strony CTP NAUTICA oraz Stowarzyszenia NAUTICA koszt wyprawy na safari stał się łatwiejszy do "przełknięcia" i zaczęliśmy już w pełni czuć się jej uczestnikami.
Mijały tygodnie oczekiwania poświęcone na zapoznanie się w internecie z miejscami w jakich przyjdzie nam nurkować, warunkami pogodowymi. Rozmowy z Mirkiem i Angeliką uświadamiały nas z jakimi warunkami zakwaterowania i sanitarnymi przyjdzie nam się zmierzyć na łodzi. (Osoby sprawne zwykle nie zwracają uwagi na ten aspekt wyjazdów, jednak jeśli na wyjazd decyduje się osoba poruszająca się jedynie na wózku to sprawy zakwaterowania, możliwości samodzielnego poruszania się po łodzi oraz sprawy sanitarne są dla niej zawsze na pierwszym miejscu.) Już przed wyjazdem wiedzieliśmy że nie będzie łatwo i wyjazd będzie nas kosztował wiele wysiłku. Już samo poruszanie się po bujającej się łodzi, nie mówiąc o wygodnym dostaniu się do kajuty pod pokładem, czy wzięcie prysznica na koniec dnia może sprawić nam pewne trudności. Kilkukrotne ubieranie i rozbieranie się ze skafandra nurkowego również nie będzie należeć do najprzyjemniejszych czynności, jeśli należy zrobić to siedząc na pokładzie, po którym porusza się równocześnie 20 osób z ciężkim sprzętem nurkowym. Mimo znanych nam tych wszystkich niedogodności i tych nieznanych, związanych z równoczesnym pojawieniem się na łodzi kilku wózków i osób niepełnosprawnych z niecierpliwością oczekiwaliśmy dnia wyjazdu.

WYRUSZAMY

W połowie lutego dowiedzieliśmy się iż mamy stawić się na lotnisku w Warszawie 21 lutego o 6 rano. Tak wczesnej godziny to się nie spodziewałem. Aby dotrzeć na wyznaczone spotkanie, wraz z Przemkiem - jednym z naszych instruktorów, musieliśmy wyjechać do Warszawy wieczorem dzień wcześniej. Kilka godzin snu u Joanny, która zgodziła się nas gościć, przerwane piszczeniem budzika i dzwonkiem do drzwi, za którymi Piotr czekał z taksówką i już całą naszą czwórką pędziliśmy na lotnisko. Zaśnieżone trawniki i kilkustopniowy mróz skutecznie wypędzały nas z Polski. W hali odlotów spotkaliśmy się z pozostałą częścią uczestników naszego wyjazdu. W wyprawie Stowarzyszenia miało wziąć udział pięć osób niepełnosprawnych, w tym trzy poruszające się na wózkach oraz kadra, która swoim doświadczeniem i wiedzą miała nas wspierać i dobrze się bawić. Poza uczestnikami wyprawy na wyjazd jechało jeszcze kilku nurków, którzy nie mieli wcześniej okazji nurkować w towarzystwie osób niepełnosprawnych, oraz osoby z którymi spotykaliśmy się już na wyjazdach choć nigdy nie mieliśmy okazji wymienić naszych doświadczeń, w sumie 22 osoby. Wcześnie rano na lotnisku nie było dużego ruchu i odprawa bagażu przebiegła bardzo sprawnie. Kilkanaście chwil później szybowaliśmy wysoko nad chmurami zmierzając na południe, ku słońcu, ciepłej wodzie i przygodzie.

Lotnisko w Marsa Alam okazało się niewielkim prywatnym lotniskiem, położonym na obrzeżach równie niewielkiej miejscowości, którą mogliśmy dostrzec tuż przed lądowaniem przez okna samolotu. Ciepły dotyk Egipskiego słońca sprawił że wreszcie poczuliśmy się jak na wakacjach. Temperatura jak na Egipt nie była jednak zbyt wysoka, co przypomniało nam że i tu jest zima, a wiejący zimny wiatr nie pozwolił nam na pozbycie się kurtek i polarów. Przed nami była jeszcze 40 minutowa podróż autokarem do małej dzikiej zatoczki gdzie miała na nas czekać zacumowana łódź. Jadąc przez bezludne piaszczyste tereny spoglądaliśmy na wybrzeże, na którym fale rozbijały się szumem, a błękit wody zapraszał do zanurzenia się w głębinach. W zatoce kilka białych dużych łodzi cumowało w pewnej odległości od brzegu. Nie było jednak żadnego mola czy pomostu którym można było się do nich dostać, więc na naszą łódź musieliśmy się dostać pontonami.

BUJAJĄCA PODWODNA PRZYGODA

Zaczęła się nasza siedmio dniowa podróż na 33 metrowym pełnomorskim jachcie nurkowym. Zaraz po wejściu na pokład wyczuwaliśmy lekkie bujanie więc osoby wrażliwe na chorobę morską natychmiast uraczyły się tabletkami łagodzącymi jej skutki. Większość z nas nie uczestniczyła nigdy w safari (tak długim rejsie) wiec również pozostali profilaktycznie zażyli stosowne środki aby uniknąć "niespodzianek", zresztą profilaktykę tę kontynuowaliśmy również przez kolejne dni. Rozpakowanie bagażu i przygotowanie się do rejsu zajęło nam resztę dnia i pierwszą noc spędziliśmy jeszcze w tej samej zatoce.

Następnego dnia zaczęło się to na co wszyscy tak bardzo czekali, czyli nurkowania. Pierwsze zanurzenia przeznaczone były na dobre dopasowanie sprzętu, dobór odpowiedniej ilości balastu i sprawdzeniu jak słona jest woda w Morzu Czerwonym. Każdy dokładał, przekładał, przepinał elementy sprzętu nurkowego, aż konfiguracja pozwoliła mu na komfortowe zanurzenie i pierwszy wdech powietrza z butli. Temperatura wody miała ok. 23 stopni Celsjusza , wiec dawała się odczuć raczej jako chłodna. Większość z osób chodzących (sprawnych) na takie warunki przygotowała sobie suche skafandry, które w lepszy sposób izolują od zimna. Dla nas - wózkowiczów, którzy niestety nie możemy pracować nogami, ze względów technicznych i bezpieczeństwa korzystanie z suchych skafandrów nie było możliwe. Mokra pianka i ocieplacz musiały nam wystarczyć na wszystkie nurkowania. Wieczorem, po zrobieniu ostatniego - nocnego nurkowania cumy zostały rzucone i łódź wyruszyła w całonocny rejs na południe Morza Czerwonego.
Nad ranem mieliśmy dopłynąć do celu naszej wyprawy - w rejon raf St. Johns. Rafy świętego Jana położone są prawie przy granicy z Sudanem, w strefie zwrotnikowej i są najdalej wysuniętym na południe miejscem nurkowym w Egipcie. To właśnie tu większość z nas spodziewała się ujrzeć to czego jeszcze nie dane było nam nigdy oglądać. Liczyliśmy na wielkie manty pływające w błękitnej toni, na rekiny będące atrakcją tych wód, wielkie żółwie. Spodziewaliśmy się przynajmniej spotkania z delfinami, które chwilami towarzyszyły płynącej łodzi wyskakując nad powierzchnię raz po prawej raz po lewej burcie. Mureny, ogończe czy skrzydlice byłyby na pewno również atrakcją każdego nurkowania, jednak zawsze będziemy wypatrywali tych najciekawszych, największych i rzadkich zwierząt.

Na płynącej, bujającej łodzi nie można było spać głęboko. Warkot silników zza ściany maszynowni sprawiał, że sen był raczej drzemką, a nie pełnym wypoczynkiem. O szóstej godzinie rano z letargu wyrwał nas dźwięk dzwonka, który oznajmił pobudkę i zapowiadał zbliżające się pierwsze tego dnia nurkowanie. Nikt nie narzekał na wąskie i krótkie łóżka, na mało miejsca w kajucie, na bardzo ciasną łazienkę, do której aby wejść w przypadku osoby niepełnosprawnej musieliśmy się wciskać siedząc pupami na ziemi czy na ręczniku. Wstaliśmy szybko i jak tylko łódka zatrzymała się, a bujanie trochę złagodniało można było wyjść z pod pokładu do salonu na omówienie najbliższego nurkowania.

Na pokład z poziomu kajut prowadziły bardzo strome, wąskie drewniane schody. Wieczorem pokonaliśmy je na plecach naszych sprawnych kolegów, który znieśli nas pod pokład. Teraz, aby oszczędzać ich siły, które na pewno im i nam się jeszcze przydadzą pokonywaliśmy je na naszych rękach i pupach wciągając się stopień po stopniu coraz wyżej. W jadalni mieliśmy już nasze wózki, które nie mieściły się w kajutach, więc poruszanie się pomiędzy stołami i na pokładzie mokrym nie było już tak trudne. Ciągłe bujanie było jednak wciąż odczuwalne, dlatego siedząc na nich musieliśmy się zawsze czegoś przytrzymywać aby nie stracić równowagi.

Omówienie każdego nurkowania prowadził Piotr, który na szkicu miejsca nurkowego dokładnie wyjaśniał co będzie można zobaczyć pod wodą, gdzie tego szukać, jakie trudności mogą nas spotkać oraz jaki jest plan wejścia, płynięcia i wyjścia z wody. Po briefingu i podzieleniu się na trzy mniejsze zespoły 6-8 osobowe przeszliśmy do ubierania się w pianki. Obsługa łodzi sprawnie pomagała wszystkim z przenoszeniem i ubraniem całego sprzętu na siebie. Naszą grupę stowarzyszeniową obserwowali jednak z zaciekawieniem, bowiem każdy z nas ma inne metody ubierania się w piankę czy w pozostały sprzęt i chyba nie wiedzieli jak nam można w tym pomóc. Po pierwszych nurkowaniach nauczyli się jednak odpowiednich technik pomocy każdemu z nas, a w kolejnych dniach ich pomoc była tak oczywista i sprawna jakby robili to przez całe życie.
Po około godzinie, kiedy rozbieraliśmy się z mokrego sprzętu, na łodzi unosił się już zapach przygotowanego śniadania. W jadalni stoły zastawione były talerzami, a na ladzie czekały na nas półmiski pełne specjałów egipskiej kuchni. Każdy mógł dobrać sobie sam produkty na które miał w danym dniu ochotę. W czasie śniadania załoga zajmowała się naszymi butlami, w których uzupełniała powietrze i przygotowywała je do kolejnego nurkowania. Posiłki były jedynym czasem gdy wszyscy gromadziliśmy się w jednym miejscu więc zwykle przy tej okazji przekazywane były ważne informacje o kolejnym miejscu nurkowym, czasie płynięcia i godzinie kolejnego omówienia. Po śniadaniu większość przenosiła się na sundeck aby wygrzać się w promieniach porannego słońca, a pozostali wracali do kajut lub kładąc się na kanapach w salonie szybko zasypiali utuleni bujaniem płynącej łodzi.

Przed lunchem dopływaliśmy na kolejną rafę i odbywało się drugie nurkowanie. Słońce było już wysoko i bardzo dobrze oświetlało podwodne ściany. Właśnie w czasie tych południowych nurkowań można było dostrzec pod wodą najwięcej kolorów. Przepiękne barwy korali, ukwiałów, gąbek, oraz niezliczonej ilości małych i większych rybek, które przemykały pomiędzy zaułkami koralowców. W promieniach słońca wydawało się to wszystko tańczyć swoim tajemniczym rytmem pobudzonym falowaniem wody. I znów po kolejnej godzinie z zaostrzonym apetytem zasiadaliśmy do posiłku. Podobnie jak przy śniadaniu "szwedzki stół" umożliwiał zróżnicowanie menu do naszych potrzeb. Załoga w tym samym czasie na pokładzie krzątała się ponownie wokół naszego sprzętu nurkowego przygotowując go do kolejnego nurka.

Kolejne chwile odpoczynku na słońcu lub w cieniu zwykle kończyły się zaśnięciem, które teraz wraz z narastającym zmęczeniem przychodziło nam coraz łatwiej. Już nie przeszkadzał warkot silników, czy bujanie na falach do którego z czasem każdy się przyzwyczaił. Czasem jednak morze było bardzo niespokojne i pofalowane. Płynięcie wówczas można było porównać do huśtania się na szalonej huśtawce, która rzucała nas we wszystkich kierunkach. O spaniu wtedy nie było mowy, trzeba było mocno trzymać się stałych elementów łodzi i bujać się wraz z nią, traktując to jak przejażdżkę na kolejce górskiej.

Nurkowanie popoł udniowe przypominało trochę nurkowania poranne. Światło słoneczne wpadało do wody pod dużym kątem co powodowało niesamowitą grę świateł i cieni. Pływając w zakamarkach rafy smugi światła przedzierające się przez jej szczeliny pogłębiały wrażenie tajemniczości i bajkowości tego podwodnego świata. Przepływając z miejsc dobrze oświetlonych do tych ukrytych w cieniu, czasem nie można było dostrzec czy w cieniu jest już tylko ściana rafy czy ciągnie się tam dalej jakiś korytarz. Dopiero po chwili oczy przyzwyczajały się do półmroku i można było dalej wpływać w ciasne korytarze z majaczącym na końcu kolejnym jasnym punktem. Popołudniowe nurkowania były również okazją do zapoznania się z terenem i topografią terenu przed nurkowaniem nocnym, które zwykle odbywało się właśnie w tym samym miejscu. Można było zapamiętać te miejsca, które chcielibyśmy odwiedzić nocą i w świetle latarek obserwować nocne życie na rafie.

Pomiędzy nurkowaniem popołudniowym a nocnym nie było za wiele czasu, tylko tyle ile było potrzeba było na doładowanie butli przez załogę. Nurkowania nocne wymagają posiadana własnego źródła światła i zwykle są to latarki trzymane w rękach. Niestety ale w przypadku gdy ręce służą również jako jedyny napęd sprawa trochę się komplikuje. Pewnie dlatego nurkowania nocne były tymi, z których najczęściej rezygnowaliśmy aby nie "walczyć" ze sprzętem i pozwolić innym na samodzielne bliskie spotkania z nocnymi stworzeniami. Czas ten wykorzystywaliśmy na wzięcie prysznica w słodkiej wodzie i na odpoczynek.

Kolacja - objad był ostatnim stałym punktem każdego dnia. Po 4 nurkowaniach, godzinach spędzonych pod wodą, odpoczynku na słońcu i krótkich drzemkach pomiędzy zanurzeniami, każdy był tak zmęczony, że wieczorne życie towarzyskie toczyło się w bardzo uszczuplonym składzie. Większość kładła się wcześnie spać, aby kolejna pobudka o godzinie 6 rano nie była zbyt wielkim obciążeniem dla organizmu. Bywały jednak i takie wieczory, że nawet wielkie zmęczenie nie było w stanie zapędzić nas do łóżek, a rozmowy o tym co widziało się tego dnia trwały to bardzo późna.

REFLEKSJA

Codziennie zaplanowane były cztery nurkowania. Ci więc, którzy naprawdę chcieli ponurkować nie mogli narzekać na nadmiar wolnego czasu. Plan każdego dnia wyglądał bardzo podobnie, co pozwoliło nam na sprawne zorganizowanie sobie wypoczynku i zażywaniu nie tylko słonych morskich kąpieli ale również tych słonecznych. Pogoda lutowa nie rozpieszczała nas wielkimi upałami. W południe, kiedy słońce było wysoko, grzało mocno i trzeba było czasem uciekać do cienia. Przez cały czas wiał jednak zimny wiatr, który chłodził nas tak, że wieczorami czy wcześnie rano kurtka z polara i czapka były nieodzowną częścią naszej garderoby. Nawet w czasie dnia chwilami bywało zimno.

Po tygodniu intensywnych nurkowań, zwiedzeniu kilkunastu najciekawszych miejsc nurkowych na rafach St. Johns przyszedł czas na powrót to Polski. Safari na którym byłem będzie niezapomnianym wrażeniem dla mnie i myślę że również dla każdego z uczestników tej wyprawy. Takich miejsc nurkowych jak te, które udało nam się zobaczyć jeszcze nie mieliśmy okazji oglądać. Nie udało nam się spotkać tak oczekiwanych zwierząt jak manty, rekiny czy delfiny. Będzie to na pewno jednym z powodów aby taką wyprawę powtórzyć. Teraz kiedy grupa nurków niepełnosprawnych odkryła nową możliwość zdobywania świata podwodnego, jakim jest safari i pokazała że życie na łodzi, choć trudne i pełne wyrzeczeń braku komfortu i wygód, jest możliwe, kolejne podobne wyprawy to kwestia czasu i pieniędzy. Wyprawa jaką jest safari dla przeciętnego człowieka nie jest tania. Przed wyjazdem widzimy ją przez pryzmat zer w kwocie jaką musimy za nią zapłacić. Jednak po powrocie zera zmieniają się w "Ochy" i "Achy", które wykrzykiwaliśmy spotykając kolorowy podwodny świat. Wyjazdy safari stoją teraz otworem przed kolejnymi nurkami z grupy HSA, a nam pozostaje jedynie zebrać kolejne fundusze na kolejną wyprawę. Gdzie ? Może tym razem na Bornholm?
Radosław Obuchowicz